kociamatka blog

Twój nowy blog

Oświata

Brak komentarzy

Zagadnęła mnie osoba, z którą utrzymuję kontakt wyłącznie zawodowy, umiarkowanie intensywny. W pokoju nauczycielskim, wśród jakichś papierów i kopiowania tekstów na lekcję, rozpoczęła nieoczekiwane zwierzenia.  - Wie pani, ja ostatnio zaczęłam drugie studia i tam na lektoracie mi zadali po angielsku temat „Kobieta w religii”. Jak zaczęłam czytać do tej prezentacji, to  - wie pani? – włos mi się zjeżył na głowie, bo każda religia, wygląda na to, powstała po to, żeby gnębić kobietę! Normalnie wypadałoby iść się wypisać z Kościoła, ale jak tu dziecko wychować tak bez zasad? Normalnie nie wiem, co robić teraz!

Oniemiałam, bo po pierwsze, dlaczego mnie to mówi, czy ja mam na czole coś wypisane, a po drugie, jak to możliwe, że dopiero teraz na to wpadła, gdzie się uchowała dotąd, mając jednak wyższe wykształcenie? Oniemiałam na zbyt długą chwilę, bo ktoś wszedł i moja rozmówczyni spłoszyła się i zamilkła, a ja teraz nie mam odwagi wrócić do tematu. Ale jednak krzepiące to było.

Babka

Brak komentarzy

Do tej pory funkcjonuję wśród starszych mieszkańców okolicy jako wnuczka swej babki – tak znaczącą postacią była tutaj moja babka. Uprawiała rzadki w czasach swej młodości zawód położnej, a do pacjentek jeździła w odległe nawet rejony powiatu. Do tej pory na strychu leżą księgi z opisem każdego noworodka, którego sprowadziła na ten świat; a są to grube księgi. Dużo opowiadała, umiała i lubiła opowiadać, a ja byłam wdzięczną słuchaczką, ponieważ nie przerywałam i nie zadawałam pytań. Milcząco wysłuchałam też takiej opowieści babci, której bohaterką była kobieta z sąsiedztwa, matka sześciu córek i żona chłopa wściekłego z powodu tych ciąż, bo żadna nie rozwiązała się zgodnie z jego pragnieniem i nie dała mu syna.  - I ona znowu do mnie przychodzi, i płacze – mówiła babka – bo znów jest w ciąży i boi się powiedzieć mężowi. Ale ja do niej mówię: „Urodź, mam przeczucie, że będzie syn.” I faktycznie, urodziła syna. – Tu babcia zawiesiła głos, coś miało nastąpić jeszcze, ale opowieść się urwała, bo już powiedziano za wiele i właśnie wtedy narratorka to pojęła. Ale ja nie pytałam. Odnotowałam w pamięci, że jest możliwość, aby ciąża nie oznaczała urodzenia dziecka, i odpowiedzi na pytanie „Jak?”poszukałam w babci podręcznikach, które umieszczono albo głęboko w bieliźniarce, albo wysoko na szafie.

W ten sposób dowiedziałam się, że szacunek miejscowej ludności dla mojej babki brał się zarówno z wdzięczności za sprowadzenie potomków na ten świat, jak i za ich niesprowadzanie – w zależności od okoliczności. Jakoś wówczas wszyscy, łącznie z moją babcią, rozumieli, że zasadniczo narodziny dziecka są czymś wspaniałym, ale bywają takie sytuacje, że lepiej dla wszystkich, by do narodzin nie doszło. Skromna babcina walizeczka, w której zawsze czekały wysterylizowane narzędzia, była gwarancją, że nieszczęsne ofiary chłopskiej chuci nie zginą napojone jakąś podejrzaną miksturą albo poranione wieszakiem.

Podróżuję zawodowo, prywatnie nie, bo mam chorobę lokomocyjną i koty. Zawodowo, czyli z dziećmi. Ostatnio byłam z nimi dwukrotnie na południu Polski. Wielka zieleń, świeża, wiosenna, w słońcu, ale z tej zieleni skręca się nagle w chaos pstrokacizny, zapachów i dźwięków, królestwo nadmiaru i przesytu, upiorne spotęgowanie tandety współczesności – centrum rozrywki.  Jakby ktoś z kipiącej rzeki tzw. cywilizacji zachodniej zebrał szumowiny i cisnął je na tę pierwotnie piękną, rozległą  równinę, wykarczowaną i podlaną betonem, by utrzymała na sobie tony rollercoasterów, karuzele, kina i bary ociekające tłuszczem. Beton bardzo musiał być drogi, bo sięgnięto aż po dotacje unijne. Unia dała. Dlaczego, dlaczego, czyżby w Unii zarzucono dobry zwyczaj uważnego czytania wniosków i wskazywania w nich licznych błędów? Wybudowano zatem skondensowane przedmieście amerykańskie pośród polskiej wioski. Piekło z plastiku i papier – mache.

A ja jako asystentka Belzebuba, wpuszczałam z jednej strony dzieci normalnie różowe, a z drugiej odbierałam zielone i z obłędem w oku.

Tylko jeden chłopiec nie dał się przepuścić. Żadna maszyna go nie wciągnęła. Raz zjechał z jakiejś ogromnej zjeżdżalni, i tyle. Chłopiec ma lat dziesięć i w przyszłości pragnie zostać rolnikiem. Nie wiadomo, dlaczego przyjechał w to miejsce, ale ostatecznie i on znalazł coś dla siebie. „Proszę pani, a co to jest?”, zapytał mnie, wskazując osobliwą dekorację tej wielkiej kant-maszyny. Dekoracją były stare maszyny rolnicze. Siewnik. Brona. To, co sobie chłopiec upatrzył, też rozpoznałam od razu, bo przecież urodziłam się w gospodarstwie chłopa, którego ojciec  ziemię na własność otrzymał od cara. Widziałam coś takiego na swoim podwórku. „To jest roztrząsarka do obornika.” Omówiliśmy to sobie dokładnie, jak to działało i że z przodu musiał być koń.

Tydzień później w Pieninach pierwszy raz płynęłam Dunajcem i nie rozumiałam, jak można wybierać tamto, kiedy ma się to. Jedynym minusem obcowania z przyrodą w górach była konieczność jednoczesnego obcowania z flisakami, bo o ile dla turysty atrakcją są góry, o tyle dla górala – turyści, i trudno się od tej roli wykpić, zwłaszcza jeśli się jest opiekunką grupy dość niewinnej jednak dziatwy, której uszy trzeba chronić przed rubasznym dowcipem miejscowych.

W „Wysokich Obcasach Extra” Juliusz Szałek narzeka na najnowszy kalendarz Pirelli: „W hotelu oczekujesz dobrego łóżka, w kawiarni – dobrej kawy, od nawigacji – że doprowadzi cię na miejsce, a od kalendarza firmy produkującej opony spodziewasz się pięknych kobiet. Świat się kręci, bo większość rzeczy spełnia swoją funkcję. No ale Pirelli postanowił nas zaskoczyć w tym roku. Autorką zdjęć jest Annie Leibovitz, która do sesji zaprosiła tylko jedną profesjonalną modelkę, reszta pań to kobiety sukcesu.Pojawiły się m.in. tenisistka Serena Williams, artystka Yoko Ono czy komiczka Amy Schumer.”

Widok kobiety sukcesu nie może zrobić przyjemności mężczyźnie, wiadomo, kobieta sukcesu jest wrogiem mężczyzny, zwłaszcza jeśli osiągnęła sukces większy niż on. A kobieta musi znać swoje miejsce, piękne  – do kalendarza, żeby facet mógł się ślinić do czegoś, co zachowuje pozór artyzmu, a więc daje usprawiedliwienie, a mądre – ewentualnie nadadzą się do rozmowy, ale zaraz na nie patrzeć?
W dalszej części felietonu Juliusz Szałek narzeka na najnowsze modele Bentleya i Maserati. Ta sama kategoria dla samochodów i kobiet: mają być ładne i użyteczne, jak dobre narzędzie, umieszczone przez porządnego fachowca na odpowiedniej półce, czekające, aż pan po nie sięgnie.

„Nic, co sprawia, że świat budowany jest na fałszu i brzydocie, nie ma przyszłości.” – pisze Szałek. Komentuje w ten sposób zdjęcia bez retuszu, plastiku, niezbyt upozowane, naturalne i bardzo dobre artystycznie. Gdzie on widzi fałsz i brzydotę?  Pogrążony w utyskiwaniach na niesprawiedliwość świata, nie zauważył nawet, że Yoko Ono ma świetne nogi.

Zastanawiam się często nad znaczącą nieobecnością Anny Świrszczyńskiej w podręcznikach literatury (może korzystam z nieodpowiednich, bo do tej pory spotkałam tylko  jeden jej wiersz, o powstaniu). Wszystkim paniom dedykuję wiersz pt. „Kobieta rozmawia ze swoim udem” z tomu „Jestem baba”. Panowie też będą mieli o czym pomyśleć.

To tylko dzięki twojej urodzie

mogę brać udział

w obrzędach miłości.

Mistyczne ekstazy,

zdrady rozkoszne

jak szkarłatna kredka do warg,

perwersyjne rokoko

powikłań psychologicznych,

dławiącą oddech w piersiach

słodycz cielesnej tęsknoty,

leje rozpaczy,

zapadającej się aż na dno świata –

tobie zawdzięczam.
jakże czule powinnam co dzień

bić cię biczem zimnej wody,

skoro ty właśnie pozawalasz mi zdobyć

piękno i mądrość,

których nic nie zastąpi.
Otwierają się przede mną

w chwili miłosnej

dusze kochanków i mam ich w swej mocy.

Patrzę, jak rzeźbiarz

na swoje dzieło,

na ich twarze zatrzaśnięte powiekami,

udręczone ekstazą,

zgęstniałe

od szczęścia.
Czytam jak anioł

myśli w czaszkach,

czuję w dłoni

bijące serce ludzkie,

słucham słów,

które szepcze człowiekowi człowiek

w najszczerszej chwili życia.

Wchodzę w ich dusze,

wędruję

drogą zachwytu lub przerażenia

do krain niesłychanych

jak dna oceanów.

Potem, obciążona skarbami,

powracam długo

do siebie.
O, wiele bogactw,

wiele prawd kosztownych,

ogromniejących w metafizycznym echu,

wiele wtajemniczeń

delikatnych i wstrząsających

zawdzięczam tobie, moje udo.
Najwyborniejsza uroda mej duszy

nie dałaby mi żadnego z tych skarbów,

gdyby nie twój jasnym gładki wdzięk

amoralnego zwierzątka.

O Boze

Brak komentarzy

Po zajęciach uzupełniam dziennik, dzieci (troje sześciolatków)  bawią się na dywanie. Wciągnęła je gra, kłócą się bardzo głośno i co chwila wykrzykują: „O Boze!” Słyszę to i denerwuję się, bo przed chwilą skończyliśmy ćwiczyć „ż”.

- Ejże, słyszę was! – upominam – Macie mówić „Boże”, przez „ż”! Ale rzecz jest nie do przeprowadzenia, zbyt duże emocje. Po kilku poprawkach słyszę, jak namawiają się: – Mówmy lepiej „Jezu” albo „Matko Boska”.

Poznajemy się z nowym uczniem, siedmiolatkiem.

- Może zaśpiewasz mi jakąś piosenkę albo powiesz wierszyk? Na pewno znasz jakiś wierszyk.

- Znam piosenkę! – nie daje się prosić chłopiec i zaczyna śpiewać: -  „Boze, Boze, Bozenko, cemu mnie zdradziłaś z Cyganem?!”.

Misja

Brak komentarzy

W pokoju nauczycielskim koleżanka przekazuje mi informację o zastępstwie.

- Kociamatko, nie ma katechetki, idziesz na religię do trzeciej gie.
- Dobrze, ale co mam zrobić: polski czy religię?
- Polski, bo do religii nie masz misji.
- Słucham, czego nie mam…? – pytam urażona, bo brzmi to jako podsumowanie mojego światopoglądu.
- Misji nie masz, czyli takiego jakby powołania … do tego trzeba składać świadectwo życia.
- Co takiego…? – dopytuję, bo na te słowa stanął mi przed oczami ojciec Kolbe ze swoim świadectwem.
- Katechetka co pół roku pisze takie sprawozdania o sobie, o swoim życiu, czy moralnie się prowadzi, i wysyła do kurii.
- Wkręcasz mnie, tak?
- Coś ty. W szkole numer pięć katechetkę wyrzucili z pracy, bo mąż się z nią rozwiódł.

W szkole zaocznej słuchacze poszli do swojej opiekunki poskarżyć się na mnie. Ich słowa zostały mi, oczywiście, dokładnie przekazane.
” Ta pani nas dręczy, ciągle przynosi jakieś teksty, każe nam to czytać, myśli chyba, że my coś z tego rozumiemy. Robi sprawdziany z lektur i nie pozwala ściągać! Czy ona ma jakąś misję?”

Moja walka

Brak komentarzy

„- Zwróciłeś uwagę na słowo, jakiego użył? – spytał Yngve.  -  Prezentacja.

Uśmiechnąłem się.

- Owszem. Ale ta branża ma w sobie coś z handlu nieruchomościami. Ich praca polega na tym, żeby coś wyglądało możliwie najlepiej, bo wtedy weźmie się za to maksymalnie dużo pieniędzy. Widziałeś, ile kosztują trumny?”

(K.O. Knausgard, „Moja walka”, t.1.)

Tydzień po śmierci matki otrzymałam z zakładu pogrzebowego przesyłkę w zwykłej białej kopercie małego formatu. Spodziewałam się rachunku za wiadome usługi, ale zamiast niego ze środka wypadły zdjęcia. Przedstawiały moją matkę w trumnie. Widziałam je przez ułamek sekundy, zanim ręka, prawie bez udziału świadomości,  rzuciła nimi o ścianę. Krzyknęłam, siadłam w  kucki na podłodze w kuchni, tam gdzie stałam otwierając kopertę, i zakryłam głowę rękami, zgodnie z instrukcją obrony w razie ataku  psa. Nie mogłam wstać, bo nogi odmówiły mi posłuszeństwa, jak wtedy, gdy po konsultacji z ordynatorem mój brat wyszedł z gabinetu ze spokojną twarzą i powiedział: „Widziałem wyniki badań, został jej tydzień życia”, a mnie kontrast między jego tonem a treścią komunikatu, który wygłosił, wprawił w kilkusekundowy stupor, zanim osunęłam się po ścianie i nawet nie było gdzie mnie posadzić, bo w szpitalnym korytarzu nie było żadnej ławki, więc brat z żoną, oboje duzi i rzeczowi, stali nade mną jak zatroskani rodzice nad krnąbrnym dzieckiem, podczas gdy stawał się późny wieczór, trzeba zjeść kolację, weź ją jakoś, kupimy jej po drodze coś na uspokojenie.

Do kuchni wszedł ojciec, zupełnie niezdziwiony moim siedzeniem na podłodze pozbierał zdjęcia i zaczął je przeglądać. Wydawał aprobujące pomruki: ” I w porządku, bardzo ładnie”. Wstałam jakoś i wyszłam.

Pan z zakładu pogrzebowego w rozmowie telefonicznej wyjaśnił, że znając mój zamiar zamknięcia trumny na dobre i nieotwierania jej w kaplicy, musiał się upewnić, że nie będę miała potem pretensji, że coś było nie tak.  Kiedy miałabym się o tym przekonać, proszę pana? W czasie jakiejś przypadkowej ekshumacji? No tak, ale wie pani, jacy są klienci.

Proszę pana, faktycznie coś było nie tak: moja matka na tych zdjęciach jest martwa.

Siedziałam z Noem nad ,,Małym Księciem”. Od tej lektury zależy jego stopień na świadectwie, przeczytałam mu więc całość i przedyskutowaliśmy co ważniejsze fragmenty. Jak zawsze, towarzyszył nam maleńki, rudy kundelek Stella, wpychał się na kolana to mnie, to Noemu.
- Rozumiesz, o czym mówił Małemu Księciu Lis? Wiesz, co znaczy,,oswojenie”? – zapytałam Noego. – Tak – odpowiedział on. - To jest to, co ja zrobiłem z moją Stellą, a pani ze mną.
Zaskoczona, podbita, zostałam się bez słowa.

Ksiądz rekolekcjonista ogłosił, że dzieci podadzą intencje i wszyscy się będą modlić. Mały chłopczyk krzyknął: ,,Za zwierzątka, żeby były zdrowe!”. Ksiądz odebrał mu mikrofon i z pobłażliwą miną pouczył, że za zwierzęta nie wolno się modlić. O żeż ty głupi bucu, pomyślałam w intencji księdza, czegoś nie dał się dziecku pomodlić za pieska, kotka, chomika, osiołka. Za świnkę Polacy powinni się modlić obowiązkowo, albo nawet do świnki, bo przecież to jej ciało spożywamy, jej krew pijemy. Kościół nie szanuje życia i życie się z niego wkrótce wyniesie, rzekła kociamatka proroczo.


  • RSS